Dawno nie byłam nad polskim morzem, dlatego na Święta Wielkanocne zaplanowałam spędzić tam kilka dni. Niestety tuż przed wyjazdem zachorowałam na naprawdę ciężki przypadek „grypy żołądkowej” i właściwie zrezygnowałabym już w wyjazdu, gdyby nie mój syn, który wpakował „moje zwłoki” do samochodu i kategorycznie przykazał jechać z rodziną do Międzyzdrojów.
W ten sposób w ciągu 4,5 godzin znalazłam się, jeszcze dość osłabiona, nad naszym pięknym morzem. I chyba los oddał nam to wszystko, co przeszła nasza rodzina /chorowaliśmy wszyscy/, bo Międzyzdroje przywitały nas cudowną, słoneczną pogodą i miało tak zostać przez cały nasz pobyt, w odróżnieniu od reszty Polski gdzie panowały śnieg, wiatr deszcz i zimnica.
Pierwszego dnia byłam jeszcze na tyle osłabiona, że mój spacer brzegiem morza odbywał się w iście żółwim tempie. Świeże powietrze i słońce zrobiły swoje i w następne dni mogłam już całymi godzinami maszerować tam z kijami. Dzielnie towarzyszyła mi jedna z moich 2-letnich wnuczek.
Hotel wyglądał sympatycznie. Apartamenty były przestronne i bardzo wygodne.
Tutaj na chwilę przysiadłam na ławce koło Gustawa Holoubka.
Powspominaliśmy stare czasy.
Spacery brzegiem morza były cudowne.
Czuło się w powietrzu jod.
Z mola można było zobaczyć nadmorskie hotele.
Codziennie chodziliśmy po plaży od śniadania do zachodu słońca z krótką przerwą na lunch.
Zachód słońca nad morzem jest zjawiskowy.
Zresztą zobaczcie sami.
Autorem zdjęć jest mój syn.


















Dodaj komentarz