Ponieważ za daleko nam do Las Vegas, postanowiłysmy dzisiaj wpasć tam, gdzie również można spotkać sporo kasyn – do Atlantic City. Uprzedzam, że w dzisiejszym poscie będzie bardzo dużo zdjęć i zapraszam do oglądania tylko wytrwałych.
W Atlantic City dominują stare kasyna z wczesnych lat 70-80-tych, które zostały poddane renowacji.
My wybrałysmy kasyno Caesars.
Pierwszy raz byłam w takim dużym kasynie.
Aby dojsć do sali, w której były automaty do gry, trzeba było jechać ruchomym chodnikiem.
A następnie zjechać na dół ruchomymi schodami.
Oczywiscie wypadało zrobić zdjęcie z patronem kasyna – Juliuszem Cezarem.
Byłam zszokowana bogatym wystrojem i wielkoscią tego kasyna.
Zwróćcie uwagę na piękne dywany.
Postanowiłysmy wygrać z Krysią (krynka.pyn.com) million dolarów:):):).
Przeznaczyłysmy na ten cel po 20$ i chyba było to za mało, bo zdołałam wygrać dodatkowo 60$ a potem jak to zwykle w kasynach bywa przegrałam wszystko.
W związku z tym postanowiłysmy wyjsć na zewnatrz aby napawać się cudnym widokiem i zapachem Oceanu.
W tle widać inne kasyna. Jest ich tu dosyć dużo.
Bryza od Oceanu rozwiewała nam włosy.
Słońce było tak oslepiające, że nie można było zdjąć okularów.
Zmieniłam je na jeszcze ciemniejsze aby móc patrzec na wodę.
Plaża jest tam jak widzicie bardzo szeroka.
Była przepiękna pogoda a niebo wyglądało fantastycznie.
Mewy wygrzewały się na słońcu.
Moje wejscie na stary falochron skończyło się zalaniem jednego buta nagle nadpływającą falą.
Zupełnie się jej nie spodziwałam.
Na szczęscie Krysia wyratowała mnie z opresji i mogłam dalej pozować do zdjęć.
Czułam się tu wspaniale bo uwielbiam morze a Ocean widziałam tylko raz na Fuertaventurze i tam wyglądał zupełnie inaczej.
Uwielbiam też takie ogromne plaże.
Po wyjsciu z plaży udałysmy się na tutejszą promenadę.
Wyłożona jest deskami i ciągnie się przez wiele kilometrów.
Po drodze pozowałysmy na tle różnych budynków.
Ten napis na szybie zwrócił moją uwage. Ciekawe, że wieszaja tylko we wtorki:):):).
Hydrant idealnie wpasował się w moją stylizację:):):).
Po drodze mijałsmy atrapy przeróżnych budynków.
Spotkałysmy nawet dawny wóz traperów.
Promenadą można było także przejechać się rykszą lub większym otwartym busikiem.
W pewnym momencie poczułysmy głód i postanowiłysmy wpasć na swieżą rybkę do pobliskiej restauracji.
Po obiedzie należał nam się odpoczynek na wygodnych fotelach przy plaży.
Niestety czas upływał niemiłosiernie szybko i trzeba było wracać.
Z powrotem musiałysmy nieco przyspieszyć a ponieważ odeszłysmy od parkingu dobrych parę kilometrów w końcu wsiadłysmy do elektrycznego busika.
Moje pożegnanie z Oceanem nie było łatwe bo bardzo mi się tu podobało.
Zrobiłysmy jeszcze ostatnie zdjęcia( tym razem ich autorem jest mąż Krysi – Łukasz).
Jeszcze ostatnie spojrzenie na wodę i czas na powrót. To był bardzo przyjemny wypad z Nowego Jorku. Dziękuję Wam za cierpliwosć w ogladaniu zdjęć i serdecznie zapraszam na następne relacje.






































Dodaj komentarz