W Walentynki na blogu opisałam (tutaj) japoński masaż KOBIDO, któremu poddałam się we wrocławskim salonie La’Koshi. Już po pierwszym masażu poczułam i zobaczyłam na twarzy jego efekty. Ponieważ jednak dowiedziałam się, że po kilku takich zabiegach efekt jest trwały, postanowiłam to sprawdzić.

Dla przypomnienia kilka informacji: KOBIDO to japoński lifting twarzy – jedna z najstarszych form masażu na świecie. Świetnie zastępuje wszelkie zabiegi kosmetyki estetycznej, szczególnie te, które mogą mieć skutki uboczne. Technika tego masażu jest jednak zupełnie inna niż zwykłych masaży i nie dość, że działa na twarz liftingująco, to na dodatek relaksuje i działa zdrowotnie na całe ciało.

Byłam bardzo ciekawa jego efektów i postanowiłam przetestować go na sobie i od razu umówiłam się na kilka takich zabiegów, w odstępach 5-6 dni.

Najpierw przy kawie omówiłyśmy całą strategię działania z przemiłą szefową salonu – Panią Agnieszką.

Dowiedziałam się, że masaż działa nie tylko zewnętrznie ale także na głębsze warstwy skóry i mięśni.

Przypominam, że masaż KOBIDO składa się z pięciu kolejno następujących po sobie etapów. Pierwszy z nich to rozluźnienie i masaż tkanek głębokich. Drugi etap masażu – to przede wszystkim relaks. Trzeci etap – to oczyszczenie i drenaż. Kolejny krok to lifting, który niweluje powstałe na twarzy zmiany. Ten etap skupia się głównie na owalu twarzy, liniach bruzd nosowo-wargowych oraz okolicach oczu i czoła. Na końcu masażu stosowane są techniki akupresurowe, które pozwalają na zrównoważenie emocji wewnętrznych i energii życiowej oraz pobudzenie pracy wszystkich narządów wewnętrznych.

Każdy taki seans trwa godzinę i za każdym razem działa bardzo relaksująco. Kilka razy udało mi się zasnąć, co było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo zazwyczaj nie jest mi łatwo zapaść w drzemkę.

Pani Agnieszka ma cudowne ręce i myślę, że jest stworzona do tego typu zabiegów.

Nastrojowa muzyka w tle dodatkowo uspokaja i wycisza organizm.

Na końcu Pani Agnieszka położyła mi na twarz specjalną maskę, która ma na celu uspokojenie skóry po dość intensywnym zabiegu. Poniżej możecie zobaczyć efekty całej serii masaży.

Tym razem starałam się zachować podobną minę, jak przed zabiegami, choć bez lustra nie jest to wcale takie łatwe.

Popatrzcie na zmianę bruzd nosowo-wargowych. Moim zdaniem jest znaczna różnica na korzyść.

Również jeśli chodzi o tzw. “lwią zmarszczkę” jest mocna poprawa. Pod zmarszczką spłycił się także znacznie rowek, który tam powstał przez wiele lat działania mimiki twarzy.

Taki drenaż limfatyczny szczególnie dobrze radzi sobie z cieniami i opuchlizną pod oczami, które fundujemy sobie same siedząc zbyt długo przed komputerem. Zobaczcie teraz, jak ładnie to wygląda po zastosowaniu serii masaży. Jest także widoczna zmiana “w oczach”. Są teraz pełne życia i energii, czego nie było widać przed zabiegami. Wpływ tego masażu na całe ciało jest nie do przecenienia, ale tego nie da się niestety pokazać. Teraz czuję się pełna energii i życia. Polecam Wam ten masaż zamiast zabiegów medycyny estetycznej, które bardzo często kończą się nieciekawymi skutkami ubocznymi.

Do zobaczenia po urlopie, z którego wracam ok.1.04 o ile sytuacja z koronawirusem w Polsce się nie pogorszy. Życzę Wam dużo zdrowia.